"Wielki Marty" to a) film sportowy z zajmująca 2/3 metrażu dygresją w środku, b) opowieść o tym, jak lata 80. wymyślono w latach 50. (patrz: świetna ścieżka dźwiękowa) oraz c) kino absolutnie "safdiczne", czyli popis spiętrzania perypetii w nieskończoność w duchu "Nieoszlifowanych diamentów" czy "Good Time". A wszystko na barkach Chalameta, który też jest świetny: niby antypatyczny, ale gotów przyjąć każde upokorzenie – czym kupuje sobie widza.
Porażające kino, pod względem formy i treści. Wielogłos jak u Aleksiejewicz, zdjęcia jak u Geyrhaltera. Zostawia bez słowa i nie daje zasnąć. I dobrze.